sobota, 25 kwietnia 2020

Capítulo 1.El hábito no hace al monje.

2 wrzesień, Valencia
LUNA


Oficjalnie, nadszedł pierwszy dzień szkoły. Drugi w zasadzie, nie licząc wczorajszego godnego podziwu rozpoczęcia. W życiu nie widziałam takiego widowiska. Masa wspaniale ubranych ludzi, elegancka rada pedagogiczna i budynek przygotowany specjalnie na tą okazję zapierał dech w piersiach. Wszystko wyglądało jak z obrazka. Żałowałam, że pierwszy rok spędziłam w tak pospolitym i niczym nie wyróżniającym się liceum na obrzeżach Valencii. Co prawda, lubiłam tam chodzić. Miałam całkiem sporo znajomych. No i przede wszystkim wszyscy byliśmy sobie równi, dlatego niczym się nie wyróżniałam. Na tle osób podobnie ubranych, mówiących i zachowujących się do mnie, nie było czym się wyróżniać.
W Caxton Colégio jest zupełnie inaczej. I w zasadzie mogłabym tu polemizować jeśli chodzi o to wyróżnianie się. Z jednej strony ginę w rzeszy tych pięknych, wyrachowanych i gustownych ludzi, lecz z drugiej właśnie dlatego, że zupełnie ich nie przypominam, na swój sposób jestem chyba nawet bardziej widoczna niż bym chciała. Postanowiłam się na razie nie wychylać i nie zdobywać przyjaciół na siłę, bo przypuszczam, że i tak zakończyłoby się to niepowodzeniem.
Został mi Ángel. I na tym powinnam bazować.
-Gotowy? Wolałabym się nie spóźnić i nie przykuwać wzroku całej klasy. - wołam z dołu, mając nadzieję, że mój brat mnie usłyszy. - Musimy jeszcze wstąpić do Emmanuel’a! Nie możemy zostawić go z tym samego!
Mija chwila zanim Ángel schodzi ze schodów, patrząc na mnie wzrokiem, mówiącym, że zdecydowanie przesadzam.
-Emmanuel nie jest dzieckiem. Poradziłby sobie lepiej niż ja i ty razem wzięci.
-Wiem o tym, ale jest naszym przyjacielem, który teraz mieszka obok nas. To logiczne, że będziemy się trzymać razem. 
-Jak chcesz.
Mój brat mija mnie, a ja jedynie kręcę głową zniesmaczona jego nastawieniem. Od kilku dni wstaje z łóżka lewą nogą, a ja nie mam pojęcia co jest tego powodem. Na jego miejscu dziękowałabym Bogu, że mam możliwość uczęszczać do jednego z najlepszych prywatnych liceów w kraju. I choć wiem, że to nie było jego marzeniem, to jednak gdy dostałam stypendium z Caxton, rodzice postanowili zapisać tam również Ángela. Jednakże on tego stypendium nie dostał, więc musieli zapłacić sto procent czesnego, a nie tak jak w moim przypadku, tylko dwadzieścia procent. Wydaję mi się, że rodzice mieli nadzieję, że jeśli mój brat zacznie w końcu chodzić do porządnej szkoły, to być może się trochę bardziej otworzy. Że może w końcu będzie obracał się w gronie kolegów, którzy nie są osiedlowymi złodziejaszkami i ćpunami.  
Osobiście również miałam nadzieję, że ten plan się ziści, ale z drugiej strony znam mojego brata i nie wyobrażam go sobie w gronie bogaczy, śmiejącego się z błahych rzeczy i sączącego drogi alkohol.
Poczekamy, zobaczymy.
Dochodzimy do mieszkania Emmanuela w kilka minut. Felix otwiera nam drzwi, a ja witam się z nim wylewnie. 
-Jak się masz? 
-Świetnie. Cieszę się, że wychodzicie na ludzi. - czochra mnie po głowie niczym starszy brat. I w zasadzie zawsze tak też go traktowałam.
Rodzina Toledo mieszkała w Valencii praktycznie całe życie. Moi rodzice, jak i rodzice chłopaków przyjaźnili się ze sobą od zawsze, a ta przyjaźń później pojawiła się wzajemnie u ich dzieci. Kiedy ja, Ángel i Emmanuel mieliśmy po trzynaście lat, ojciec chłopaków trafił do więzienia ze względu na brudne interesy. Do dzisiaj nie wiem w prawdzie za co konkretnie siedzi. Emmanuel mówił mi, że za handel bronią natomiast zdaniem Felixa było to dilerstwo. Nie wiem czy kłamali i nie chcieli się do końca przyznać czy powód jego zamknięcia jest po prostu wieloraki. W każdym razie kiedy to się stało, pani Alessandra wzięła chłopaków i wyjechali na kilka lat do Alicante. Teraz, gdy Emmanuel dostał stypendium do Caxton, chłopcy postanowili wrócić na stare śmieci, zostawiając jednak matkę i jej nowego partnera za sobą. Pomimo, że Felix jest od nas o pięć lat starszy, wyobrażam sobie, jak trudno jest mu być drugim ojcem dla brata. Teraz są w większej części na jego utrzymaniu i zapewne Felix’owi nie jest z górki znaleźć dobrą pracę bez konkretnego wykształcenia. 
-Chodź no tu, niech cię uściskam. - uśmiechnięty Felix zwraca się do mojego brata. Ten podchodzi do niego i pozwala na chwilę serdeczności. Dostrzegam u Ángela tą ulgę, połączoną ze wzruszeniem.
On i Felix zawsze byli bardzo blisko. Kiedy okazało się, że wyjeżdżają z miasta, mój brat był zdruzgotany. Nie mógł pogodzić się z tym, że traci swojego przyjaciela, autorytet, kompana i brata w jednym. I właśnie wtedy zaczęły się problemy. Wpakował się w nieodpowiednie towarzystwo, próbował narkotyków i innych gówien. Stał się zupełnie innym człowiekiem, którego dłużej nie poznawałam. Od tej pory nigdy nie potrafiłam do niego dotrzeć. Mam nadzieję, że odkąd bracia Toledo znów są tu razem z nami, Ángel jakimś cudem powróci do bycia tamtym sobą. Chociaż w małej części.
-Zmężniałeś, co? - klepie go po ramieniu, a po chwili zaczynają się śmiać. - Nie jesteś już tym trzynastoletnim chłopcem.
-Dobrze cię widzieć, Felix. - odpowiada krótko mój brat, i choć nie wydaje się być za bardzo rozmowny, to jednak widzę radość w jego spojrzenia, więc wydycham z ulgą powietrze. 
-To mieszkanie nie jest takie złe. - rozglądam się, po pomieszczeniu z rezerwą. Jest dość skromne, średnio uporządkowane, meble ewidentnie nadają się do wymiany, a na ścianach gdzieniegdzie widnieje wilgoć. „Nie jest złe” to zdecydowanie bardzo pobłażliwy epitet.
-Daj spokój, to cholerna nora. - komentuje Felix. - A Rosales’owie mieszkają sobie teraz beztrosko w naszej starej chacie i zapewne pluskają w pieprzonym basenie niczym się nie przejmując. 
Kładę dłoń na jego ramieniu, starając się jakoś pocieszyć.
-Przykro mi. Zbudujemy nowe wspomnienia. Tutaj. Odrobina kobiecego oka, męskich ramion i to mieszkanie będzie wyglądało zajebiście. 
-Nie miałem pojęcia, że znasz takie słowa. - Emmanuel wchodzi w końcu do salonu, uśmiechnięty od ucha do ucha. Rzucam się na niego w sekundę, ciesząc się, że mój najlepszy przyjaciel w końcu powrócił. Jest tu. Czuję jego silne ramiona i zapach. Już nie tak dziecięcy. Świeżo upieczone drożdżówki, jagody i liście bazylii zawsze przypominały mi o woni Emmanuela. Teraz wyczuwam jedynie wodę kolońską, miętę i herbatę. Zdecydowanie zmężniał, ale to wciąż ten sam chłopak, który cztery lata temu obiecał mi, że do mnie wróci.
I dotrzymał tej obietnicy.
-Tak się cieszę, że znowu będziemy razem w klasie. - mówię podekscytowana. -I, że dostałeś to stypendium. Zawsze byłeś bardzo błyskotliwy.
-Nie tak błyskotliwy jak ty. - odpowiada, zawieszając ramię na moich barkach. Odwracamy się do Felixa i Ángela zadowoleni. 
-Myślicie, że te bogate dzieciaki są na was gotowe? 
-Tego nie wiem, ale jestem podekscytowana. To będzie coś zupełnie nowego. - komentuję.
-Właśnie widzę, że jesteś podekscytowana. Nie starcza ci już towarzystwo twoich niebogatych aczkolwiek niebywale czarujących przyjaciół? - Emmanuel patrzy na mnie z uśmiechem, i choć wiem, że żartuje, to faktycznie mogę się wydawać nieco bardziej rozemocjonowana w porównaniu do reszty.
-Wy zawsze będziecie dla mnie wystarczający.

ZARA


Otwieram oczy, zastanawiając się czy jestem w swoim pokoju. Białe ściany, ogromne okno balkonowe i regał z winylowymi płytami Travisa Scotta i 21 Savage uśmiechają się do mnie serdecznie, prosząc o zagranie. 
Tak, to moja świątynia.
Obracam się na drugą stronę i czuję, że kołdra po tej stronie łóżka jest cieplejsza niż zazwyczaj. Słyszę jak dźwięk wody pod prysznicem powoli ulatuje wraz z zakręceniem kranu. Zastanawiam się kogo moje oczy za moment ujrzą.
Pod koniec tamtego roku szkolnego obiecałam sobie, że imprezy w tygodniu przestaną być moją rutyną, odkąd prawie zawaliłam biologie, choć z innych przedmiotów szło mi wręcz doskonale. Mój ojciec się nieźle wkurzył i dał przysłowiowy szlaban. Zazwyczaj łamałam je bez wyrzutów sumienia, ale akurat w tamtym okresie wiedziałam, że muszę się wziąć w garść, żeby go nie zawieść. Jak widać siedzenie w domu i kilka wzmacniaczy, pozwalających na długą naukę pomogły mi przeskoczyć do kolejnej klasy. 
Drzwi mojej łazienki otwierają się na oścież. W ich progu staje Ésteban Rodriguez, z ręcznikiem przewiązanym na biodrach. Zastanawiam się po ilu drinkach zdecydowałam się zaprosić go do domu i się z nim przespać. 
W świetle dnia nie wygląda już tak kusząco, jak zapewne wydawało mi się, że będzie. 
-Wyglądałaś tak słodko, kiedy spałaś. Nie chciałem cię budzić. - przyznaje, a ja mam ochotę wypluć żołądek, a z nim wszystko to, co wczoraj przyjęłam.
Czy te urocze teksty na prawdę wczoraj na mnie działały? 
-Ésteban. - oznajmiam krótko. - Będzie wspaniale jeśli zwiniesz się w przeciągu dziesięciu minut. Muszę się przyszykować do szkoły. - wstaję naga i mijam go w przejściu do toalety. -Dziękuję. - oznajmiam krótko i zamykam za sobą drzwi. Wchodzę pod prysznic, mając nadzieję, że doznania wczorajszej nocy spłyną ze mną z taką szybkością, z jaką o nich zapomniałam.

Widok budynku Caxton College nie wzbudza we mnie szalenie szczęśliwych emocji, ale cieszę się, że znów mogę zobaczyć moich przyjaciół. Większość z nas wyjechała na wakacje do różnych części świata, więc nie mieliśmy okazji spędzić ze sobą zbyt dużo czasu.
Drugi rok zaczyna się zdecydowanie lepiej. Wydaję się, że znamy się bardzo dobrze, wiemy z kim warto imprezować, a z kim nie, kto z nas ma najlepszy basen, najluźniejszych rodziców i kto handluje najlepszym towarem.
Znamy swoje miejsce w tej szkole i doskonale zdajemy sobie sprawę, że to miejsce plasuje się na samym szczycie.
-Hej, dziewczyno! - słyszę dziewczęcy głos za plecami.
-Paola! - ściskam ją, a ona całuje moje dwa policzki.
-Nie masz pojęcia jak się cieszę, że znowu się wszyscy spotykamy. Jestem opalona, wypoczęta i ten rok należy do mnie.
-A właśnie, jak udały wam się wakacje? - pytam, i choć rozmawiałyśmy ze sobą przynajmniej raz na tydzień, to i tak jestem pewna, że Paola ma w zanadrzu kilka ciekawostek.
-Wybornie! - wzdycha rozmażona. - Pokochałam Paryż, ale Sycylia to istny raj na ziemi. Jedzenie, plaża i te wspaniałe butiki. Wiesz, że Julian uwielbia mnie rozpieszczać. To prezent od niego. - podnosi swój nadgarstek, na którym widnieje gruba bransoletka od Tiffany’go w kolorze różowego złota. - Szesnaście tysięcy. - mówi zachwycona. - Wszystko było perfekcyjnie. Z wyjątkiem towarzystwa Célii. Myślałam, że pojedzie na jakiś obóz albo coś w tym rodzaju i zostaniemy tylko my i rodzice Juliana, ale niestety się przeliczyłam. Sama wiesz jaka potrafi być irytująca.
-Czy ja wiem? - odzywam się szczerze. - Nie wydaje się być szkodliwa.
-Mówisz tak, bo nie jesteś dziewczyną jej brata. W innym wypadku miałabyś jej dość, uwierz mi.

Dochodzimy do klasy po kilku minutach. Liceum jest tak wielkie, że każdy kto do niego uczęszcza, przypuszczam, iż musi być w naprawdę dobrej formie, ponieważ wyprawa do jakiejkolwiek sali zajmuje wieczność. Pierwsze co, to witam się z Eleną i Lorenzo. Opowiadają o swoim pobycie na Majorce, w prywatnej posiadłości rodziców Lorenzo. Na szczęście obywa się bez wzmianek o zakupach i cenach z nimi związanymi. Wydają się być zadowoleni ze spędzonego czasu razem. Macham do Juliana, który natychmiastowo po wejściu Paoli, zostaje przez nią obdarowany milionem pocałunków. Kiwam głową w stronę Célii, przytulam się do Bruna i w końcu siadam w ławce obok Hugo.
-Hola guapa! - wita się ze mną wylewnie, co odwzajemniam. Hugo jest zdecydowanie moim ulubionym człowiekiem na ziemi i najlepszym przyjacielem więc w sumie najbardziej zadowolona jestem właśnie z jego widoku. Z nim jako jedynym spędzałam czas we wakacje. Na szczęście w porównaniu do swojej siostry, nie wybrał się na wycieczkę po Europie i spędził jedynie ostatni miesiąc wolnego u dziadków w Barcelonie. Hugo to najbardziej rodzinny człowiek jakiego znam, i choć zapraszał mnie na wspólną podróż, to musiałam jednak odmówić, ponieważ mama potrzebowała mnie, żebym towarzyszyła jej w promowaniu nowej linii zapachowej, której jest twórcą. 
Nie, nie ma z tego zbyt wielu pieniędzy. Choć, słowo „wiele” każdy może postrzegać w różnoraki sposób. Popatrzmy więc na to z innej perspektywy. Jeśli miałabym porównać zyski pracy mojej mamy, z firmą budowlaną mojego ojca, byłaby to zależność jeden do dwóch. Tysięcy. 
Ale zważywszy, że mój ojciec marzył o tym, żeby moja matka w końcu się zajęła czymś, co ją interesuje i co pochłonie jej wolny czas, pozwolił jej rozwijać swoje pasje bez mrugnięcia okiem. Przynajmniej on ma teraz święty spokój, ona ma swoje perfumy i każdy jest szczęśliwy.
-Hola! Tęskniłam. Następnym razem dam się przekonać na wspólny wyjazd. Zapomniałam, jak zrzędliwa potrafi być moja matka. - kręcę głową zażenowana, przypominając sobie klika chwil, w których moja cierpliwość sięgała zenitu. Zdecydowanie marzę, by o nich zapomnieć.
-Ja za to nie narzekam. Ale! Przywiozłem ci wino własnej roboty na zalanie smutków. 
Patrzę na niego z uśmiechem.
-Nie mogę się doczekać, aż go spróbuje. - uśmiecha się do mnie uroczo. -Jesteś najlepszy.
Profesor Águilar zjawia się w klasie w całkiem niezłym humorze. Muszę przyznać, że choć jest niebywale wymagający (jak zresztą dziewięćdziesiąt dziewięć procent nauczycieli, którzy tu pracują) to jednak bywa zabawny i wyrozumiały, więc zdecydowanie należy do grona moich ulubionych osób w tej szkole.
-Dzień dobry moi drodzy. Cieszę się, że większość z was przeszła do kolejnej klasy i widzimy się w prawie takim samym składzie jak w zeszłym roku. Mamy także kilka nowych twarzy. - patrzy w ekran swojego komputera.- Pan Toledo. - wymawia nazwisko chłopaka, którego dopiero teraz zauważam. Ma dłuższe, lekko podkręcone włosy, przystojną twarz i raczej luźny styl bycia. Wydaje się być skromny i w miarę ułożony, więc jestem niemalże pewna, że dostał się tu dzięki stypendium. Zazwyczaj nowe, bogate mordy starają się skupić na sobie więcej uwagi, żeby szybko wejść w kręgi starych uczniów. Dla niego wydaje się nie być to głównym autorytetem, ani w zasadzie jakimkolwiek autorytetem. 
-Nazywam się Emmanuel. - odpowiada krótko. Profesor patrzy na niego dłuższą chwilę w oczekiwaniu na więcej informacji, ale jak widać szatyn nie ma zamiaru nic więcej mówić.
-Dobrze więc. Witamy cię Emmanuelu. Kolejni nowi uczniowie to Ángel i Luna Ortega. Bliźniacy? 
Wzrok wszystkich kieruje się na szczupłą szatynkę, która szybko wstaje ze swojego krzesła.
-Tak. Dwujajowi. Nie jesteśmy aż tak bardzo podobni. - uśmiecha się, ale większość uczniów patrzy na nią z rozbawieniem, nie do końca w dobrym tego słowa znaczeniu.
-Oh, ja widzę spore podobieństwo. Choć nie wiem kto jest bardziej męski. - odzywa się Paola, a pół klasy zaczyna chichotać na dźwięk jej słów. - Fajne buty, tak w ogóle. - komentuje po raz kolejny, a dziewczyna automatycznie zerka w dół na swoje adidasy. Już mi jej żal.
-Paola, dziękujemy za te zbędne uwagi. - odzywa się profesor. - Jesteście z Valencii?
-Tak. - kiwa głową. - Mieszkamy tu całe życie. Bardzo cieszymy się, że możemy uczęszczać do Caxton. - mówi wciąż nieco rozemocjonowana szatynka. Kiedy zerkam na jej brata, widać, że jest zdecydowanie bardziej wycofany niż ona. Mam wrażenie, że czeka na chwilę, w której jego siostra przestanie mówić. Szczerze wątpię, że podziela jej zachwyt szkołą. Zresztą, nie on jeden.
-Świetnie! Dziękujemy ci Luno. Ángel, ciebie również witamy. A teraz otwórzcie książki na stronie piątej, porozmawiamy sobie trochę o twórczości Hemingway’a. 

*
El hábito no hace al monje.The habit doesn't make the monk. (Clothes do not make the man.)